Kamil Obstawski, full-stack developer. 10 lat w komercji, nazwy klientów zostają za NDA. Workflow jest na blogu, a jeden przypadek z produkcji opisany w całości.
Sposób, w jaki powstaje oprogramowanie, się zmienił — i ja zmieniłem się razem z nim. Prowadzę flotę agentów AI równolegle: jeden przeszukuje kod, jeden pisze, jeden recenzuje, a ja wpinam je w pętle, które krytykują i poprawiają własną robotę, aż faktycznie się broni. Ile z tego jest naprawdę szybsze, a ile tylko inne, mierzę i opisuję na blogu, razem z tym, co nie wyszło.
Agenci nie zdejmują ze mnie odpowiedzialności, tylko ją zagęszczają. Ja ustalam, co znaczy „poprawne”: kryteria akceptacji, testy, przegląd. O to rozbija się każda wersja, zanim trafi do klienta. Co się nie broni, nie wychodzi. Za to, co wychodzi, odpowiadam ja, nie model.
Te same agenty, ten sam sędzia, zmienia się tylko opis zadania. Osiem rozwiązań, wszystkie poprawne, sędzia nie ma czego rozstrzygać. A potem znajduję zamówienie, na którym różnią się o sto złotych.
Osiem przebiegów, dwóch agentów, sędzia z podwójnym przejściem i człowiek na końcu. Wszystkie testy zielone. Po drodze: worker kopiujący rozwiązania z sąsiednich zadań, trzy sprzeczne interpretacje jednego zdania specu i licznik decyzji, których nie podjął nikt.
Serwis społecznościowy z dużym ruchem zwieszał się pod obciążeniem, bez dostępu do shella i logów na produkcji. Jak zbudowałem diagnostykę, żeby zajrzeć do środka, i usunąłem wąskie gardła.
Jak to wygląda
Wypełniasz krótki formularz — czego potrzebujesz, na kiedy i kilka zdań.
Odpisuję w ciągu jednego dnia roboczego, mailem, z pytaniami pod Twój przypadek — nie drugim formularzem. Doprecyzowujemy asynchronicznie.
Na tej podstawie dostajesz orientacyjną wycenę.
Jeśli pasuje, przechodzimy do szczegółowego planowania — tekstowo albo na callu, jak wolisz.
Zaczynam budować.
Odpisuję w ciągu jednego dnia roboczego, mailem. Wystarczy napisać, czego potrzebujesz i na kiedy.